Retreat – 1) 'azyl’, 'kryjówka’, 'ustronie’, 2) 'odosobnienie’, 3) 'wycofanie się’, 4) 'rekolekcje’ – takie znaczenia angielskiego słowa podaje nam słownik, co w przypadku przetłumaczenia nazwy „Venus Retreat” od Gene Keys wcale nie pomaga 😉
W środowisku duchowo-rozwojowym często mówi się, że „organizujemy retreaty”, na co krzywi się moja wewnętrzna miłość do polszczyzny, ale rzeczywiście trudno wybrać sensowny polski odpowiednik dla retreat. Retreaty są różne, a zdalne Venus Retreat 2024/5 zorganizowane przez społeczność Gene Keys było dla mnie jednocześnie ucieleśnieniem i przeciwieństwem odosobnienia. Stało się bezpiecznym azylem, oazą spokoju dla mojego serca i ducha, a jednocześnie nie wymagało ode mnie wyłączenia się ze świata zewnętrznego (chociaż wyłączyłam się, ale z zupełnie innego powodu).
W zeszłym tygodniu weszliśmy w ostatni „punkt programu” – kontemplację sfery Core Wound, Rdzenia. Czas więc na podsumowanie.
Przystąpiłam do Venus Retreat w listopadzie 2024 roku z otwartością i ekscytacją. Moja kontemplacja Kluczy Genowych zaczęła się kilka miesięcy wcześniej. Jestem strasznym molem książkowym, więc po zachłyśnięciu się dość tajemniczą wówczas treścią mojego profilu hologenetycznego, kupiłam wszystkie książki Richarda Rudda związane z The Golden Path, Złotą Ścieżką oraz tzw. „niebieską książkę” o samych Kluczach (pt. The Gene Keys, Embracing your higher purpose). No i czytałam, rozmyślałam, zachwycałam się, ale poszło mi to dość szybko i czułam niedosyt.
Biegłam od sfery do sfery i przy wielu czułam, że „tak, to właśnie ja” (co czasem mnie cieszyło, a czasem smuciło), a przy kilku nie miałam poczucia zgody, czy nawet intelektualnego zrozumienia. Jednak od początku przygody z Kluczami mam wrażenie, że „już to wszystko skądś znam”. Nie intelektualnie, ale głęboko we mnie, moja wewnętrzna mądrość zgadza z tym, czego się uczę, i cieszy, że ludzkość wreszcie ma jakiś sensowny przewodnik. Udział w Venus Retreat jeszcze pogłębił to przedziwne poczucie.

Nazwa tego 'odosobnienia’ bierze się od nazwy Sekwencji Wenus, którą wspólnie kontemplujemy. Składa się na nią sześć sfer z profilu: Purpose, Attraction, IQ, EQ, SQ oraz Core. Na każdej sferze skupiamy się przez mniej-więcej miesiąc. Retreat od kursu online różni się tym, że oprócz dostępu do pełnej treści kursu, który można robić we własnym tempie, w każdym miesiącu jest webinar, dwie sesje Q&A oraz kilka spotkań (zwanych Community Calls), które odbywają się w konkretnych terminach.
Wszystkie te wydarzenia były świetne, chociaż pierwsze webinary wymagały ode mnie otwarcia się na inne podejście do prezentowania treści. Jestem przyzwyczajona do mocno ustrukturyzowanych kursów i „treści programowych”, a tu mamy piękne „prawostronne” podejście bycia we flow, przekraczania zbudowanych struktur i swobody przekazywania indywidualnego podejścia do Kluczy. Musiałam się do tego przyzwyczaić, bo na początku mój Umysł miał focha, że nie do końca nadąża (i nie ma jak robić ustrukturyzowanych notatek! :D), ale jak w końcu odpuścił, och, jak bardzo było warto!
Tyle nt. wstępu i technikaliów – jeśli macie pytania, piszcie w komentarzach lub na mojego maila, chętnie odpowiem. Teraz do meritum.

Moja „duchowa ścieżka” zaczęła się nieco ponad 10 lat temu, kiedy po traumie edukacji muzycznej „postanowiłam” znaleźć drogę z powrotem do siebie, do swojego Głosu. [Wcale nie odczuwa(ła)m tego, jako postanowienie; po prostu coś mnie pchało, by się nie poddawać, chociaż na poziomie świadomości, do którego miałam wówczas dostęp, wcale mi się nie chciało o siebie walczyć, czułam się kompletnie złamana i bez nadziei. Różne rzeczy działy się jakby bez mojego udziału, bo moja świadomość przykryta była ciemną chmurą, czy grubym kocem, który dziś, językiem Gene Keys, nazwałabym ciężką mieszanką obojętności, bezwładu i zamętu (Indifference, Inertia, Turbulence)].
Przeszłam przez psychologię, ezoterykę, kilka „systemów” i wielu nauczycieli. Ale dopiero Venus Retreat otworzyło dla mnie drogę do czegoś, czego nie potrafię nawet nazwać. Do olbrzymiej, cichej, spokojnej przestrzeni we mnie samej, która leży poza (za? obok? nad? pod?) intelektualnym poznaniem. Uwielbiam intelektualne poznanie! Lubię czytać, rozumieć, robić notatki, kolorować, podkreślać. Fascynacja Human Design była dla mnie szczytem pławienia się w mentalnym poznaniu spraw duchowych. Ale ta nowo odkryta Przestrzeń? Stały dostęp do niej? Oddałabym cały mój intelekt, zdolności poznawcze i wszystkie doktoraty, gdyby ktoś kazał mi wybierać między nimi a Nią.
To na poziomie indywidualnym. A moja wodnicza natura i profil 6/2 pragnie jeszcze podkreślić wymiar kolektywny Venus Retreat.

Te sześć miesięcy to nie było dla mnie odosobnienie (chociaż było, na poziomie indywidualnym!). To było zanurzenie się we wspólnocie, jakiego do tej pory nie doświadczyłam w tym życiu. Zanurzenie się we wspólnocie poranionych ludzi, którzy zdecydowali się na samoleczenie. Ludzi, których obchodzi dobro własne i dobro całego świata na wszystkich poziomach istnienia. Ludzi, którzy martwią się tym, co widzą i szukają odpowiedzi na pytanie, co mogą zrobić, by uwolnić swój potencjał, który następnie wykorzystają dla dobra nas wszystkich. To obudziło we mnie ogromną nadzieję na lepszy świat. Otworzyło moje poranione Serce i zmartwiony Umysł.
I jeszcze, widzieć działające w czasie rzeczywistym wartości uznawane przez społeczność Gene Keys: contemplation, inquiry, gentleness, patience. Prowadzący, którzy umiejętnie utrzymywali przestrzeń kontemplacji i fizycznie ucieleśniali wyznawane przez siebie wartości. Trochę to smutne, że tak wielkie wrażenie zrobiło na mnie to, że jakaś grupa ludzi stosuje się do tego, o czym mówi. Ale tak właśnie jest. Jestem pod wrażeniem otwartości i łagodności w sposobie komunikacji podczas wszystkich tych spotkań. Ufam, że świat zmierza właśnie w tą stronę. Że coraz więcej będzie miejsc, gdzie rozmowa będzie bezpieczna i spokojna, nienarażona na zakrzykiwanie się wzajemnie opiniami i ocenami.
Dlatego, ostatecznie nazwałam Venus Retreat „Oazą Wenus”. Miejscem schronienia i wymiany doświadczeń dla strudzonych Wędrowców. To, plus metafora wody, którą wypełnione były medytacje towarzyszące nam przez te sześć miesięcy.
Zaczerpnęłam w tej oazie głęboki oddech i obmyłam się z kurzu duchowej pustyni.
Zerkając jeszcze raz na słowa: Nazwa Azyl Wenus też by pasowała, jako skojarzenie ze schronieniem dla zbłąkanych, bezpańskich zwierząt. A nawet Rekolekcje Wenus byłyby stosowne, ze względu na głębokie duchowe doznania, jakich doświadczyłam, ale niestety termin ten w polszczyźnie jest zawłaszczony przez kościół. Chociaż w Erze Wodnika kuszące jest „kontrowersyjne” połączenie rekolekcji z „pogańską” boginią miłości 😉 Rekolekcje z założenia po to właśnie są, by zagłębić się w Ducha, w lekcje, w spokój i modlitwę.