„Jeśli spojrzymy na to drzewo za oknem, którego korzenie szukają pod chodnikiem wody; lub na kwiat, który rozsiewa słodki zapach, by znalazły go zapylające pszczoły; a wreszcie na nas samych i wewnętrzne siły, które motywują nas do działania, możemy zobaczyć, że wszyscy wykonujemy swój taniec do nieodgadnionej muzyki. Muzyk, który ją [dla nas] gra z niepojętej oddali – niezależnie, czy nazwiemy go Twórczą Siłą, czy Bogiem – wymyka się wszelkiej ludzkiej wiedzy”.
Albert Einstein (za: William Hermanns, „Einstein and the Poet: In Search of the Cosmic Man” (1983), s. 14)
Zanim nastały czasy algorytmów, śledzenia linków, SEO, zbierania followersów i produkowania contentu, blogi służyły opisywaniu tego, co akurat przyciągnęło uwagę autora. W Polsce były to początki lat dwutysięcznych, a ja byłam jedną z nastolatek, które zgodnie z rodzącą się wtedy modą pisały bloga o szkolnych wzlotach i upadkach, dla siebie i dla wąskiego grona znajomych (były to czasy Gadu-Gadu i Myspace’a, potem też FB ale dostępnego tylko po angielsku!). Od tamtej pory internet zmienił się całkowicie i obecnie znalezienie niekomercyjnych treści staje się coraz trudniejsze. A że od kilku miesięcy dręczy mnie jakaś Muza, która podsuwa coraz to nowe pomysły i obserwacje, postanowiłam wrócić do założeń tamtych czasów i założyć bloga, w którym mogłabym dać upust kreatywnym impulsom. Jest to więc eksperyment, który zaczynam, bo mam ochotę poopisywać to, co akurat przepływa przez moje myśli, w nadziei, że dadzą mi na jakiś czas spokój.
Źródłem tych impulsów jest ostatnio zwykłe, codzienne życie. W wiecznej gonitwie myśli błąkających się pomiędzy żałowaniem decyzji z przeszłości, gdybaniem i lękiem przed przyszłością, podsycanymi niekończącym się strumieniem informacji napędzanym sztuczną inteligencją, zdaje się, że zapomnieliśmy o magii i pięknie zwykłego, codziennego, spokojnego życia. Czy to w reklamie, czy w mediach społecznościowych, czy w podsłuchanych w autobusie i tramwaju rozmowach, niemal codziennie ktoś każe nam „wychodzić ze swojej strefy komfortu„, „chcieć więcej”, „mieć więcej”, „ROBIĆ więcej”.
A ja wierzę, że na Ziemi żyłoby się lepiej, gdyby każdy, właśnie teraz, ZNALAZŁ tą mityczną strefę komfortu. I posiedział w niej chociaż przez godzinę w tygodniu. Bo wydaje mi się, że większość z nas nie ma czasu się nawet zastanowić, czy w ogóle taką strefę w swoim życiu posiada. Ja swoją dopiero zaczynam odkrywać, ale już po kilku pierwszych miesiącach wypełnionych momentami, w których mam czas, by zerknąć w to miejsce we mnie, wiem, że nie mam w ogóle ochoty z niej wychodzić! No i ten blog to będzie takie miejsce, w którym w ramach swojego Eksperymentu będę opisywać, co ciekawego w tej strefie się pojawia (lub nie). Tylko najpierw muszę znaleźć jakieś inne określenie na nią, bo za każdym razem jak słyszę strefa komfortu / comfort zone to automatycznie z niej wyskakuję i, zamiast w spokoju, zagłębiam się w irytacji na to, jak bardzo nasze Umysły wchłaniają informacje z zewnątrz i bezrefleksyjnie je powtarzają. Ale o tym kiedy indziej.
Tu miało być o Eksperymencie w Human Design.
Eksperyment to po prostu Życie. Moje Życie. Twoje Życie. Każde Życie może stać się Eksperymentem. W którym, dzięki obserwowaniu tego, co się dzieje, co się nam przytrafia, co do nas przychodzi (lub nie), możemy znaleźć spokój i przyjemność. Spokój pojawia się w miejsce żałowania przeszłości i projektowania lęków lub oczekiwań na przyszłość. Własne Życie możemy obserwować tak jak naukowiec, który przygotowuje części składowe eksperymentu i potem patrzy, co się dzieje, wyciąga wnioski, denerwuje się, że wyniki nie są zgodne z założeniami lub cieszy się, że tym razem coś ciekawego z tego wyszło. Zazwyczaj zupełnie nie to, czego się spodziewał w swoich założeniach.
Brzmi znajomo? Myślę, że Życie staje się takim interesującym Eksperymentem, o ile potrafimy zrelaksować się i po prostu patrzeć. I tu pojawiają się dwa pytania: 1) Kto przygotował dla nas ten Eksperyment? [tu, na dziś, odsyłam do cytatu z Einsteina powyżej], 2) Kto obserwuje Eksperyment?
Spróbujcie przez pięć minut poobserwować siebie, co robicie w tym momencie, czego dotyczą wasze myśli, czy jest wam wygodnie przed ekranem, a może coś już wam zdrętwiało od siedzenia albo leżenia w tej pozycji. Kto obserwuje? Kto odpowiedział na te pytania?
Ktoś, kto nie jest ani moimi myślami, ani moim ciałem. Ten obserwator jest jakimś trzecim we mnie, duszą, duchem, może Duchem Świętym? Zwał, jak zwał. Każda kultura i religia ma swoje poglądy na ten temat. Ja ostatnio nazywam różne takie metafizyczne sprawy językiem systemu Human Design i o tym częściowo będzie ten zakątek internetu.
Całe życie byłam poszukiwaczem zainteresowanym właśnie „tym trzecim”, tym „obserwatorem”. Oczywiście w dzieciństwie – jak chyba większość dziewczynek, ale może nie? – przeszłam etap fascynacji zakonnicami i chciałam zostać zakonnicą. Ale wiadomo, w dzisiejszych czasach w Polsce bycie „wierzącym” rzadko ma coś wspólnego z duchowością więc poszukiwania jej musiały obrać inny kierunek. Próbowałam modnej jogi, ale zupełnie nie chwyciło. Mantry, medytacja, klepanie modlitw przy moim Open Mind (to też z języka HD, można googlować) to była zupełna pomyłka i nigdy mi to nie wychodziło. Zawsze tylko irytowałam się, że między dziesiątą i jedenastą zdrowaśką, sto pierwszą i sto drugą owcą albo pomiędzy mantrami, zdążyłam obmyślić a) plan najbliższego tygodnia, b) dużo lepsze kwestie, które powinnam była wypowiedzieć w rozmowie, która odbyła się miesiąc temu, i c) wymyślić doskonałą ripostę do rozmowy, która jeszcze się nie odbyła. Naprawdę, podziwiam ludzi, którzy potrafią medytować i wychodzą z tego procesu zrelaksowani!
Potem przewinęłam się (bardzo powierzchownie) przez ezoterykę, ale język jakim posługuje się to środowisko całkowicie mnie zawiódł i szybko odepchnął. Chociaż było to ciekawe i ważne doświadczenie, a wahadełko lubię do dziś i czasem coś tam sobie sprawdzam, bez napinki.

Lubię astrologię, ale nie taką gazetową tylko taką, która pokazuje, że ludzie, jako część świata Natury znajdują się pod jej odwiecznym, ale cichym i niezauważalnym często wpływem. Jak ten kwiat, który wydaje ładny zapach dla „zapylającej pszczoły” z cytatu z Einsteina. Czy kwiat wie, że wydaje zapach dla pszczoły? Czy go to obchodzi? Kwiat może nie wiedzieć, ale Natura w swojej naturze wie. Więc skoro Księżyc zmienia kierunki wód oceanów, to dlaczego nie miałby wpływać na ludzki organizm, który składa się w dużej mierze z wody? Ludzie stali się bardzo aroganccy w swoim oderwaniu od praw natury.
Ale nie o tym, miało być o mnie, a nie o ludzkości.
Trzy lata temu moje poszukiwania „duchowości”, wzmożone poszukiwaniem utraconego Głosu (o czym kiedy indziej), doprowadziły mnie (przypadkiem? nie sądzę!) do Human Design. I, na ten moment, przestałam szukać. Odkryłam zupełnie nowe narzędzia i język, który pozwala mi na nowo opisać, zreinterpretować swoje doświadczenia. Narzędzia są proste i zrewolucjonizowały mój wewnętrzny (i zewnętrzny, chociaż to zachodzi dużo wolniej) świat. I w zupełności mnie satysfakcjonuje. Niestety, język Human Design jest hermetyczny, skomplikowany, czasem ezoteryczny i w tych instancjach – przynajmniej dla mnie – odpychający. Do tego – angielski! Są strony mówiące o „Human Design po polsku”, ale żadna z nich mi się nie spodobała, fragmenty tłumaczone maszynowo brzmią jeszcze gorzej niż te w oryginale.
I tak oto – tada! – dotarliśmy do sedna dzisiejszego wpisu, który miał być o czym innym (znowu – podziękowania dla Open Mind, przez który wiecznie coś się snuje bez ładu i składu):
Human Design po polsku
Na tym blogu planuję* wrzucać moje interpretacje różnych elementów systemu Human Design. A może i innych systemów, jeśli na jakiś ciekawy trafię. Bo myślę, że to może być świetna inspiracją dla osób, które, tak jak ja, mają lub miały jakieś dziwne/przykre doświadczenia i nie mogą się z nich wykaraskać (przez dekadę lub więcej). Wierzę też, że warto, by takie inspiracje były dostępne po polsku. Nie wszyscy znają angielski na tyle, żeby zanurzyć się w tego typu tematy i czasem nowe, ciekawe impulsy do potencjalnej refleksji mogą Polakom umykać. A szkoda, bo dość nas dużo na tym kawałku obszaru Ziemi nad Wisłą. Po prostu, mam ochotę stworzyć jakieś nowe, ciekawe miejsce w internecie, który przecież przyjmuje WSZYSTKO!
Będę eksperymentować, sprawdzać na ile polszczyzna jest w stanie oddać elementy hermetycznego języka Human Design; może wyrazi coś w jeszcze ciekawszy sposób, a może jednak trzeba będzie zostawić terminy angielskie i tylko je objaśnić. Takie moje prywatne laboratorium terminologiczne. Bez założonego z góry klucza doboru tematów, kolejności, ważności.
Niech i tym kieruje tajemniczy Muzyk** z cytatu Einsteina.
* To, że coś „planuję” nie znaczy, że to się wydarzy. Tego już mnie Życie nauczyło. Może się więc okazać, że za tydzień zamknę bloga, bo jednak energia pójdzie w inną stronę. Będę obserwować to z zainteresowaniem!
** W oryginale: ang. piper 'dudziarz’, ale po polsku dudziarz albo grajek zupełnie zepsułby klimat! Wszystkie cytaty i informacje o systemach będą przechodzić przez filtr, którym jestem ja, ze swoją wiedzą i doświadczeniami. Mam nadzieję, że niektórych z Was coś zainspiruje na tyle, by poszukać swoich własnych interpretacji. Chętnie podyskutuję w komentarzach i mailowo!
Zgadzam się z twierdzeniem “wychodzenia ze strefy komfortu”. Coś co kiedyś pomagało w pewnych sytuacjach, pomagało przezwyciężyć strach czy po prostu pomagało “pchnąć do przodu”, w dzisiejszych czasach stało się rodzajem sportu wyczynowego.
Gratuluję pomysłu na blog i ciekawych przemyśleń. Super!🤗 Czekam na kolejne posty.
Dzięki! Ja też czekam na kolejne! 😀